„Gdy stawałam na skoczni, mogły na mnie patrzeć tysiące ludzi, trema była mi obca. Nigdy nie odróżniałam tego, czy stadion jest do mnie nastawiony przyjacielsko, czy wrogo. Jedyne co przykuwało całą moją uwagę, ta był piasek, na którym miałam skoczyć jak najdalej. Walczyłam przy tym przede wszystkim o dobry wynik, potem o zwycięstwo."
Na początku sezonu olimpijskiego Elżbieta Krzesińska skacze 6,24 m. „Operacja rekord świata" przebiega więc prawidłowo. „Już na inaugurację sezonu czułam, iż jestem dobrze przygotowana. Jeszcze nigdy nie startowałam z tak wysokiego pułapu, bo przeważnie bardzo późno dochodziłam do formy. Perspektywy więc rysowały się wspaniałe."
I wtedy właśnie dał o sobie znać pech, złośliwość losu. Doznała kontuzji kości piętowej. Jak tu trenować, jak marzyć o poprawie wyników, kiedy każdy krok rodził ból.
„To była przegrana szansa. Załamałam się. Dlaczego właśnie teraz mi się to przytrafiło, gdy sposobiłam się do bicia rekordu świata, do kolejnego zwycięstwa na Igrzyskach Olimpijskich? Na niewiele więcej niż dwa miesiące przed olimpiadą zdecydowałam się leczyć kontuzjowaną kość piętową naświetlając promieniami Roentgena. Było jednak już za mało czasu. Chciałam nawet zrezygnować z wyjazdu do Rzymii. Cóż tam miałam szukać w zaistniałej sytuacji? Jaki sens mógł mieć mój olimpijski występ?
| |
|