„To dobrze, że jesteś zdrów - mówiono wówczas - ale po co pchasz się między młodych? Twój czas już przeszedł, boks już nie dla ciebie. Ot, co najwyżej, możesz stoczyć cztery, pięć walk dla dobrego samopoczucia, dla przekonania świata, że to ty miałeś rację..."
Nie po to jednak czekał tak długo, by zadowolić się byle czym. Zaciskał zęby, trenował, uwagi puszczał mimo uszu. A wkrótce potem w Mielcu i w Opolu przyjmował gratulacje za zdobycie kolejnych tytułów mistrza Polski. Wrócił na tron, choć - jak głosi stare i wielokrotnie sprawdzone powiedzenie - ... oni nigdy nie wracają. Zdetronizowani królowie ringu nie mają na tyle silnej woli, a jeśli nawet potrafią jeszcze wykrzesać z siebie dość energii, to po jakimś czasie okazuje się, że są po prostu za starzy.
Nie tylko wrócił, ale i znalazł się w składzie reprezentacji wyjeżdżającej na mistrzostwa Europy do Madrytu...
Gorąco pragnął zwycięstwa, złotego medalu, lecz później -- już w kraju Iberów - nieraz dopadało go zwątpienie. Debiutował w Belgradzie, lecz tutaj, w Madrycie przeżywał swój debiut po raz wtóry. Kokoszkin i Stiepaszkin dawno już zawiesili rękawice na kołku. Szczepański nie bał się zresztą konkretnych rywali. Bał się po prostu pierwszej walki, że znów znajdzie się za burtą turnieju, że pierwszych dziewięć minut przekreśli sens wieloletniego wysiłku. Słabiutkiego Szwajcara, z którym los skojarzył go w pierwszej walce, obawiał się najbardziej.
| |
|