Zdeprymował go jednak ten Węgier. Pal diabli nietypowy
styl walki. Najgorszy był spokój tego młokosa - bo tak mo-
że chyba nazwać 33-letni mistrz swego młodszego o 10 lat
rywala. Orban jak duch schodził z linii ciosu, fruwał w ringu,
był prawie niedosięgalny. A wszystko to czynił z przylepio-
nym do warg, ironicznym półuśmieszkiem. Tego nie widziało
się ani na widowni, ani na telewizyjnym ekranie. Widział to
jednak Szczepański i rozumiał jednoznacznie: „Jesteś staru-
chem! Pomęcz się jeszcze trochę, a i tak będziesz się podpie-
rał o deski ringu..." ^
Począwszy od drugiego starcia Polak postawił wszystko na jedną kartę, na atak. Trudno zmusić mistrza kontry, by zp-stał „fighterem", podobnie jak trudno wymagać od zasuszonego bibliofila, by raptem wyrósł na kosmonautę. Jan Szczepański dokonał nie mniejszej sztuki. W najważniejszej walce swego życia potrafił wyhamować kształcone przez kilkanaście lat nawyki, potrafił pokonać siebie dla swego zwycięstwa. Był lepszy, choć bał się, że sędziowie mogą ocenić jego występ inaczej. Te trzy rundy były zresztą niczym w porównaniu z kilkusekundowym oczekiwaniem na ogłoszenie werdyktu. Papp uśmiechał się i gratulował, ale te gratulacje skierowane były do Orbana. A więc...
Nie było jednak pomyłki! Mistrzem olimpijskim został Jan Szczepański!
| |
|